wydawca
ISSN 1896-2548  

Menu główne
Start
Materiały dydaktyczne
Patronat medialny
Recenzje
Tagi

 

Ważny podręcznik internetowego dziennikarstwa PDF Drukuj Email
Recenzje książek - Edytorskie
Wpisany przez Łukasz Garbal   
poniedziałek, 22 maja 2006 11:07

wydawca.org    Internet to duże możliwości i duże ryzyko. Trochę taki Dziki Zachód, szczególnie dla dziennikarzy. Łatwość publikacji – każdy z nas może mieć swoją stronę internetową! – szybkość i tempo (“jeszcze nigdy tempo przygotowania nie było tak szybkie, a redakcyjne deadline’y tak krótkie – wyznaczane przez każde warte wzmianki wydarzenie” – s. 5); ale z drugiej strony konkurencja i ryzyko popełnienia błędów nierzetelności czy złamania prawa autorskich!      
        Uważać też trzeba na przyszłość – aby polskiego informacyjnego internetu nie podzielili między siebie światowi giganci. Być może znajdzie tu się jeszcze miejsce dla młodego dziennikarza, który chce zacząć coś nowego.
        Tylko kto nam podpowie, jak być dobrym dziennikarzem internetowym? Dość mamy teoretyków – pomóc może tylko ktoś, kto ma praktykę, i to dobrą.
        Taki podręcznik - pisany rzeczowym językiem - dają nam Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne.

wydawca.org

Internet to duże możliwości i duże ryzyko. Trochę taki Dziki Zachód, szczególnie dla dziennikarzy. Łatwość publikacji – każdy z nas może mieć swoją stronę internetową! – szybkość i tempo (“jeszcze nigdy tempo przygotowania nie było tak szybkie, a redakcyjne deadline’y tak krótkie – wyznaczane przez każde warte wzmianki wydarzenie” – s. 5); ale z drugiej strony konkurencja i ryzyko popełnienia błędów nierzetelności czy złamania prawa autorskich!

Uważać też trzeba na przyszłość – aby polskiego informacyjnego internetu nie podzielili między siebie światowi giganci. Być może znajdzie tu się jeszcze miejsce dla młodego dziennikarza, który chce zacząć coś nowego.

 

Tylko kto nam podpowie, jak być dobrym dziennikarzem internetowym? Dość mamy teoretyków – pomóc może tylko ktoś, kto ma praktykę, i to dobrą.

Autorem takiego podręcznika jest Leszek Olszański, redaktor internetowy krakowskiego wydania “Gazety Wyborczej”. Jak wiemy, portal Gazeta.pl jest jednym z największych polskich portali informacyjnych, zaś kultura użytkowników jest – na ogół, na dzień dzisiejszy – lepsza, niż w większości innych.

Sam byłem redaktorem internetowym portalu dla lekarzy (Czelej.com) – biorę zatem ołówek (bynajmniej – nie elektroniczny) – i zaczynam zakreślać.

 

Właśnie – ołówek, nie elektroniczny. Zaczynając pracę z internetem nie możemy ulec całkowitej fascynacji nowymi technologiami. Tradycyjne podejście bardzo często się przydaje. Nie mamy zwykle czasu pisać tekstów piórem czy ołówkiem – ale warto spisywać sobie np. plan tekstu, czy plan działań na stronie – na zwykłej kartce papieru. Nie mówiąc już o tym, że zanim zaczniemy coś robić w internecie to trzeba, wbrew pozorom, najpierw pomyśleć.

 

Internet zaczynamy pisać już małą literą, zauważa za jednym z cytatów autor; małą literą – jak radio i telewizja; małą literą, ponieważ jest to już nowe medium; co znaczące, już nie nazwa własna – a określenie większej całości. Dalej konsekwentnie piszemy “internet”.

 

Czym jest internet dla dziennikarza? Zagrożeniem czy szansą dla tych, którzy zaczynają swoje dziennikarskie życie? Kusi niskimi kosztami prowadzenia działalności (nie mamy problemów z papierem, z drukarniami, z koncesjami – oby jak najdłużej utrzymywał się tu wolny rynek!). Ale grozi też pokusą “brudnopisowości”.

Potraktujmy internet jako wyzwanie – zachęca Leszek Olszański. Uczmy się na błędach innych – choćby wydawców polskich gazet: “dość pasywna polityka tradycyjnych wydawców sprawiła, że polska prasa wyraźnie ustąpiła pola w internecie młodym konkurentom, portalom internetowym” (s. 15). Internet jest obszarem, który jest przestrzenią do zagospodarowania – jeśli nie przez nas, to przez innych.

 

Autor przedstawia nam krótką historię Internetu (stąd dowiedziałem się w końcu jaka jest różnica między BBS-ami a FIDO-netem: tylko nazwa...) – ze szczególnym uwzględnieniem Polski; ale nie koncentruje się na historii i teoretycznych dyskusjach, a przystępuje do opisu rozwiązań praktycznych.

 

Możesz kupić w księgarni internetowej: Lideria

Możesz kupić bezpośrednio w wydawnictwie: Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne

{mospagebreak}

Swoją drogą warto uświadomić sobie niesłychane przyśpieszenie technologii. Czy pamiętamy, co to było “Mosaic”? Pierwsza przeglądarka Internetu, która wyświetlała grafikę.. czy wyobrażamy sobie internet bez zdjęć? ... a wprowadzono ją zaledwie w połowie lat 90.! – Kiedy to utkwi nam w pamięci, będziemy bardziej uczuleni na nieuniknione zmiany, które nadciągną: rozwój i zmiany standardów to podstawa działania w internecie. Nie powinniśmy przyzwyczaić się do konkretnej techniki, a raczej do procedur – technika się zmieni, procesy będą podobne. Dziś jest php, wczoraj był html, ale php też odejdzie – miejmy zawsze kopię zapasową, aby nasze dane “włożyć” w nowy – nieunikniony – standard!

 

Z tym praktycznym spojrzeniem Leszka Olszańskiego w historię poczytamy o narodzinach portali – które początkowo były tylko katalogami linków do innych stron  (“wąska szpaltka z kilkoma nagłówkami najświeższych wiadomości pod skromnym tytułem In the news na głównej stronie Yahoo! znalazła się dość późno – w 1999 roku” [!] – s. 22). Będziemy nawet śledzić etymologię nazw – swoją drogą, myślałem wcześniej, że Yahoo to chuligan, a nie nawiązanie do Przygód Guliwera (s. 21).

 

Specyfika portali, korzystających z depesz agencyjnych – to szybkość kosztem płytkości doniesienia. Autor zauważa przy tym ważną praktykę: portale potrzebują niewielu dziennikarzy; szukają specjalistów od reklamy, językowego wygładzania – i moderowania komentarzy.

Ale w polskim internecie wciąż jest miejsce dla przedsiębiorczych – mówi nam autor, puszczając oko (sam w końcu pracuje dla jednego z portali...) – “dość pasywna polityka tradycyjnych wydawców sprawiła, że polska prasa wyraźnie ustąpiła pola w internecie młodym konkurentom [...]” (s. 15). Leszek Olszański podkreśla tutaj lęki finansowe: “początkowo dużą barierę emocjonalną przed uruchomieniem serwisu online stwarzała obawa przed masową rezygnacją czytelników z wydania papierowego” (s. 14). Dziś wydaje się to trudne do zrozumienia, ale w czasach przed komercjalizacją internetu te obawy były powszechne – i zdarzają się także dzisiaj.

 

Autor omawia ostatnią tendencję do blogowania, po czym przechodzi do jednego z fenomenów internetu – źródłowości open source, czyli społeczności Wiki (m. in. baza cytatów, słownik, a przede wszystkim internetowej encyklopedii, czyli Wikipedii). “Nie jest źródłem idealnym [...] nosi wyraźne piętno gustu i zainteresowań szerokiej, w dużej części młodzieżowej internetowej społeczności” – encyklopedia ta ma zaburzone proporcje: “czasem obok wyczerpującego opisu [...] napotkać można lakoniczną notkę [...]” (s. 59). Leszek Olszański zwraca też uwagę, że “umożliwienie redagowania haseł wszystkim chętnym także rodzi zagrożenia”. Oczywiście, takie zagrożenie istnieje – sam pamiętam, jak Wikipedia podawała w 2001 roku, że Witold Gombrowicz urodził się na Kresach (tymczasem chodziło o Sandomierskie – nie chciałbym, aby kiedykolwiek to były Kresy...). – To dzięki mojej interwencji udało się szybko poprawić. Ale Wikipedia zależy właśnie od pasjonatów, którzy sami stawiają się w roli redaktorów.... nie są oni jednak w stanie “wyeliminować wszystkich nieścisłości w artykułach, często podawanych w dobrej wierze przez nie do końca kompetentnych autorów. Z powodu nierównego poziomu haseł pod koniec 2004 roku Wikipedię ostro skrytykował jej współzałożyciel, Larry Sanger.” (s. 59). Tym niemniej Wikipedia – poprzez swoją otwartość (z jej złymi i dobrymi stronami) – jest bardzo ważnym (choć powinna pozostać sprawdzanym!) źródłem wiedzy. (Jednak właśnie obecność pasjonatów jest jej podstawowym plusem – Wirtualna Polska także podawała błędne fakty dotyczące Gombrowicza, po moim mailu długo tych błędów nie zmieniono (centralne administrowanie...); w Wikipedii reakcja jest natychmiastowa.

 

Pamiętajmy jednak przy tej okazji, że internet nie zwalnia nas od myślenia – nie jest odpowiedzią na nasze pytania; podsuwa nam natomiast możliwości odpowiedzi, które powinniśmy samodzielnie sprawdzać, sprawdzać, sprawdzać!

Zauważmy przy tym, że to, co jest największą słabością internetu jest także jego siłą – wielkość danych z jednej strony przypomina chaos i wiele stron to plewy wśród ziarna; ale jednocześnie możemy być pewni, że w tym gąszczu coś znajdziemy... nawet na tak ekstrawagancki temat, jak zagadnienie mongolskich kindżałów w XIII wieku.

Przywołuje to nam też zagadnienie cenzury (czy też, nazywając to bardziej lekko – moderowania, adjustowania, redagowania). Internet jest medium demokratycznym – podobnie jak przywołany na początku Dziki Zachód; demokracja rodzi jednak różne pokusy. Lepiej je cywilizować na zasadzie samorządu, budować społeczności obywatelskie – stosujące się do pewnych reguł. Społeczność taką buduje np. witryna OhmyNews.com – nowa jakość: “każdy obywatel jest reporterem” – mówił założyciel internetowego pisma, Koreańczyk Oh Yeon Ho; gazeta ta miała na początku 2005 roku 37 tysięcy korespondentów!

Możesz kupić w księgarni internetowej: Lideria

Możesz kupić bezpośrednio w wydawnictwie: Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne

  {mospagebreak}

Aktywność użytkowników sprowokowała oczywiście tendencje rynkowe. Autor zwraca zatem szczególną uwagę na komercjalizację internetu – która wpłynęła nie tylko na zmianę przyzwyczajeń użytkowników, ale także na konieczność dostosowania się dziennikarzy przygotowujących serwisy internetowe.

Komercjalizacja wpłynęła nawet na zasady redagowania tekstów internetowych: “Zaburzony został również porządek pisania artykułów. Tworzenie tekstu przestało być finałem wieńczącym pracę dziennikarza [...]” (s. 79-80). Często tekst “wrzucany” jest “w internet” w formie surowej, czasami nawet w formie, że zegar gdzieś dzwoni (a wieżę ustalimy za chwilę...). To specyfika internetowego pisarstwa – błyskawiczność kosztem kompletności i “skończoności” informacji.

To wszystko spowodowane jest psychiką odbiorcy – który, łatwiej nawet, niż w przypadku radia, może uciec do konkurencji jednym ruchem ręki. Ta “świadomość, że czytelnika przeglądającego stronę tylko jedno kliknięcie dzieli od powiedzenia “żegnam” i przeniesienia się gdzie indziej, to największa zmora spędzająca sen z powiek każdemu redaktorowi elektronicznego biuletynu” (s. 78). Stąd też wynika tendencja internetu – przez niektórych, pierwszych wiernych wyznawców sieci, uważana wręcz za chorobę – uatrakcyjniania swojego wizerunku (animacje, żywe kolory, nadużywanie wielkich słów, itp.). Dawni internetowi guru preferowali surowe, ascetyczne wręcz strony (jeszcze dziś zdarzają się tacy, którzy przeglądają sieć w przeglądarkach tekstowych; mimo całej atrakcyjności nowych wersji przeglądarek warto zadbać o zgodność naszej strony ze standardami wstecz – aby była dostępna dla tych, którzy używają starszych wersji oprogramowania!).

 

Tytuły w internecie powinny mieć charakter “superstreszczeń” – wbrew pozorom dziennikarza internetowego w tym zakresie powinna cechować mniejsza swoboda, niż redaktora gazety czy wiadomości telewizyjnych: tytuł musi być “haczykiem”, który skłoni internautę do przeistoczenia się w czytelnika – do otworzenia artykułu (to bardzo trafna obserwacja Leszka Olszańskiego – przemiana internauty w czytelnika nie jest oczywista!).

 

W dalszym rozdziale autor wraca do omawiania stylu redagowania stron internetowych. Wykazuje niezbędność stosowania na co dzień stylu depeszowego, wskazując jego dobre i złe strony; najważniejsza jest tendencja do bezstronności przy maksymalnym skracaniu tekstu (s. 142-143).

 

Wcześniej (s. 134-138) jest mowa o problemie, którego nie mają inne media – czasie pozostawiania materiałów na stronie. Gazeta po prostu wydaje kolejny numer, telewizja emituje kolejny program – nie można samodzielnie wrócić do wcześniejszych materiałów. W internecie zaś tekst opublikowany może istnieć tak długo, jest istnieje serwer i domena – łatwiej jest go zostawić, niż coś z nim zrobić. Autor opisuje różne rozwiązania tego problemu – od gazetowych (przenoszenie do płatnego archiwum) do promocyjnych (pozostawianie z dodaniem nowych reklam i innych źródeł zarobku). Używaj dat dziennych, przestrzega tu autor – w internecie “wczoraj” mogło być rok temu.

 

Olszański dokładnie omawia też politykę serwisu dotyczącą słów kluczowych. Przestrzega przed ich nadużywaniem (zaufanie internauty nie jest nieskończoną aprobatą...) w celu dobrego “spozycjonowania” stron... Podkreśla, że wiele słów kluczowych jest z góry nacechowanych emocjonalnie (np. “Irak”, “Strefa Gazy”, “lustracja”, “AIDS”, itd. – plus oczywiście “seks”). “Nieprzypadkowo artykuły, których tematyka obejmuje jedno z tych pojęć, gromadzą rekordową liczbę emocjonalnych komentarzy.” (s. 113).

 

Autor zwraca uwagę na odpowiedzialność redagujących witrynę internetową: nie szukając sensacji przekazać fakty; ale przeszkodą jest presja szybkości – jak podawać fakty, których do końca jeszcze nie znamy? Podając przykład pożaru w krakowskiej Nowej Hucie w 2004 roku sugeruje, że dziennikarz internetowy powinien czasem podawać fakty w takiej wersji, w jakiej zna je sam, bez cyzelowania i wybierania, ale biorąc pod uwagę ewentualne niebezpieczeństwo, przed którym może ochronić (ostrzegać przed możliwym zagrożeniem, nawet, jeśli niebezpieczeństwo nie jest potwierdzone).

To też wydaje mi się celne – z jednym zastrzeżeniem, którego jednak chyba nie potrafimy rozwiązać – zbyt częste ostrzeżenia przytępiają wiarę w kolejne... podobnie, jak w opowieści o pastuszku straszącym wilkami; nie widzę jednak innego rozwiązania – w gruncie rzeczy w epoce internetu staliśmy się zakładnikami newsów...

 

Dalej autor przedstawia inne style: prasowy, blogowy, diagramowy. Przypomina, że wytrwałość czytelnika internetowego (który w sekundę może powrócić do skóry internauty i odklikać od nas do konkurencji...) jest znacznie mniejsza niż czytelnika gazet czy nawet użytkownika telewizyjnego pilota. Zwraca uwagę na niedocenianą umiejętność dobrego rozplanowania strony (tak, okazuje się, że typografia ma swoją internetową odmianę, różniącą się w oczywisty sposób od klasycznej).

 

Możesz kupić w księgarni internetowej: Lideria

Możesz kupić bezpośrednio w wydawnictwie: Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne

{mospagebreak}

Strona powinna być maksymalnie uproszczona. Dewizą internetowego czytelnika jest “nie każ mi myśleć” – układaj serwis jak cebulkę, warstwami. Zawężaj materiały w ramach kategorii – nie pakuj wszystkich kotów do jednego worka (autor jako przykład dobrego rozwiązania przedstawia stronę, niekoniecznie szerzej znaną w Europie,  “The Miami Herald”!). Nie twórzmy działu “Inne”, “Varia”, itd. – twórzmy nowe kategorie nawet dla jednego tekstu.

 

Olszański omawia tendencje wyglądu stron głównych portali – od dążenia do ukazania jak największego bogactwa “contentu” (np. Onet) po, dominujące ostatnio na Zachodzie, odchudzanie (w Polsce np. Wirtualna Polska, Interia) – aby nie “przeciążyć” internauty. Pamiętajmy, że “swobodniejsze zasady graficzne panują na stronach wortalowych” (s. 161).

 Dalej mamy opisane kluczowe miejsca na stronie internetowej (intrygujące różnice z książką papierową!), zwane przez Leszka Olszańskiego “gorącymi strefami”. Pamiętajmy – raz jeszcze – o tym, że internauta na początku nie czyta, a ogląda! Dopiero po wzbudzeniu zainteresowania zmienia się (na niezbyt długo) w internetowego czytelnika. W podręczniku zamieszczony jest m. in. “schemat penetracji strony internetowej przez wzrok czytającego” (s. 162). Ten “eyetrack” jest dość skomplikowany. Pamiętajmy przede wszystkim, że “aby najważniejsze nagłówki przyciągnęły uwagę już po pierwszym spojrzeniu na stronę, powinny znaleźć się w lewym górnym rogu.” (s. 163-164). Rolę ilustracji z czasopisma pełnią na stronie internetowej “gorące punkty” – materiały, które mogą obudzić zainteresowanie bardziej, niż inne (np. ankiety, “ostatnio na forum”, itd.). Co instynktownie dziwi, to fakt, że ilustracje na stronie internetowej nie przyciągają uwagi w takim stopniu, jak nagłówki.

“Najdokładniej odczytuje się jedynie 3-5 wyrazów na początku nagłówka [...]” – ostrzega autor (s. 164). Będę mówił “krótko, krótko, krótko”.

Nazywaj też rzeczy po imieniu, czytamy w podręczniku. Unikajmy nieokreślonych “worków” (jak wspomniane wcześniej “Varia” czy “Inne”), ale bójmy się też nie budzących emocji tytułów w rodzaju “Sport” – lepiej napisać np.  “Bliscy awansu?”...

 

Pamiętajmy też na koniec tych uwag typograficznych, że duża czcionka nie zwiększa, wbrew pozorom, uwagi czytelnika – a mała z kolei nuży. Trzeba rozsądnie wyważyć proporcje (to już zależy od konkretnych rozwiązań związanych z układem całej strony). Unikajmy też pisma szeryfowego – czcionki bezszeryfowe mniej męczą wzrok, jak czytamy w podręczniku (s. 165).

 

Leszek Olszański wyczerpująco omawia także aspekty techniczne budowy i utrzymania witryn internetowych. Nie wyczerpuje oczywiście tematu – daje przykłady – tym niemniej przedstawia nam całościową wizję założenia i prowadzenia witryny informacyjnej, z wykorzystaniem zewnętrznych źródeł informacji (w kolejnym wydaniu warto może jednak rozbudować zagadnienie praw autorskich), galerii zdjęć i klipów wideo, forów, komentarzy, katalogów, itd.

 

Książka – na koniec – wymaga też od nas odpowiedzi na kilka podstawowych pytań ogólnych, związanych z internetem jako źródłem informacji, w tym z pytaniem, jak cytować strony internetowe – czy tak, jak robi to Leszek Olszański: inicjał imienia, nazwisko, tytuł, adres strony głównej?

Na pewno nie powinniśmy cytować CAŁOŚCI danego adresu – trudno wyobrazić sobie, żeby ktoś pracowicie przepisywał z naszego wydruku adres w formie

- Uważam, że propozycja autora jest dobra. Dodałbym tylko na końcu DATĘ (w końcu, co sam Leszek Olszański przyznaje, internet się zmienia nieustannie – dana strona może jednak zniknąć lub zmienić charakter...)

 

Autor przedstawia nam jeden z możliwych do wykorzystania w internecie systemów publikacji (tzw. systemów CMS, systemów portalowych). Jest to jeden z lepszych obecnie; osobiście używam innych, ale rozumiem podejście – przedstawić od początku do końca, solidnie, modelowo, jeden z przykładów. Warto może byłoby jednak wspomnieć o innych?

 

Książkę zamknijmy kluczową uwagą autora z jej początku: “jeżeli kiedykolwiek uznacie, że z ważnego powodu należy odejść od zasad zawartych w tej książce, nie wahajcie się tego uczynić” (s. 6). Internet zmienia się błyskawicznie, nie ma łatwych recept – jest tylko ogólny kierunek, który może nam pomóc; ale nie bójmy się własnych rozwiązań.

 

Leszek Olszański przedstawia nam bardzo cenną pracę – jako jeden z pierwszych w Polsce umieścił w niej usystematyzowany, kompletny, i – co szczególnie istotne – praktyczny wykład na temat zastosowań internetu w dziennikarstwie.

To cenny podręcznik – choć określenie “podręcznik” sugeruje pewną ociężałość i sztywność, a książka jest, mimo (a może właśnie dzięki) swojej precyzji niezwykle “lekka”, dobra do czytania – i stosowania!

Gratulacje dla autora. Liczę na więcej – w przyszłości.

Internet – przecież się zmienia....

 

Autor recenzji: Łukasz Garbal

 
--
L. Olszański, Dziennikarstwo internetowe, Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne: Warszawa 2006. [Seria “Edukacja medialna”].

 

Możesz kupić w księgarni internetowej: Lideria

Możesz kupić bezpośrednio w wydawnictwie: Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne

Poprawiony: poniedziałek, 22 maja 2006 19:07
 
Nowości
Najczęściej czytane


(C) 2006-2007 wydawca.org
All rights reserved.
Teksty publikowane w serwisie wydawca.org naleza do autorow - ich przedruk jest mozliwy,
ale wylacznie z podaniem zrodla w formie "Pierwodruk: www.wydawca.org".

Wiecej o prawach autorskich.

Hosting by OVH